Południowe Ayrshire i znany szkocki poeta - sierpień 2019
Czasami w życiu jest tak, że nie mamy tego co chcielibyśmy mieć. I chociaż tupalibyśmy nóżkami, złościli się na nasz los, zwyczajnie trzeba przyjąć rzeczywistość, albo wziąć sprawy w swoje ręce :) . Zeszłoroczne wakacje chciałam spędzić na Malcie (nie, nie tej poznańskiej), ale życie wywinęło mi psikusa i pojechałam "tylko" do Szkocji, za to w promocji dostałam październikowe Algarve. Cieszyłam się z możliwości zobaczenia po raz kolejny mojej ukochanej Szkocji i chociaż pogoda z całą pewnością odstawała od maltańskiej, ja i tak cieszyłam sie jak dziecko na ten wyjazd.
Spędziliśmy z dziećmi 5 fantastycznych dni na kempingu Craig Tara . Kemping ma na prawdę wysoki standard jak na brytyjskie warunki. O co mi chodzi z tymi brytyjskimi warunkami? Otóż zazwyczaj tutejsze kempingi nie mają zbyt dużo atrakcji dla dzieci, a na tym mi najbardziej zależy. Nie jest łatwo dogodzić wszystkim, szczególnie, kiedy podróżuje się z dwójką nastolatków i dwójką młodszych dzieci. Na całe szczęście Craig Tara to był strzał w dziesiątkę i z czystym sumieniem mogę napisać, że w żadnym stopniu nie odstawał od kempingów na których mieliśmy okazję być we Włoszech, Hiszpanii, czy Francji :) W załączonym powyżej linku możecie zobaczyć jak kemping wygląda i muszę Wam powiedzieć, że zdjęcia rzeczywiście odwzorowują realny wygląd obiektu. Wszyscy w równym stopniu wróciliśmy z tego wyjazdu bardzo zadowoleni.
Craig Tara ma jeszcze jeden wielki plus: jest położony nad wodą a konkretnie Firth of Clyde, czyli zatoką Morza Irlandzkiego ( do której uchodzi rzeka Clyde). Podczas naszego krótkiego pobytu dostaliśmy szansę podziwiania zachodu słońca.
Ja oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przymusiła dzieciaków do wyjścia poza obszar kempingu. Takim oto sposobem udało nam się odwiedzić kilka miejsc w niedalekiej odległosci od naszej "noclegowni". Przede wszystkim starszyzna chciała odwiedzić muzeum i dom urodzenia Roberta Burnsa. Na co ja oczywiście bardzo się ucieszyłam, bo czytanie książek to dla mnie ważna sprawa, a że duże dzieci lubią czytać to tym bardziej napawa mnie dumą.
Robert Burns to szkocki poeta uznawany za prekursora Romantyzmu, czyli krótko mówiąc kolega po fachu naszych Trzech Wieszczów :) . Urodził się w Alloway i tu własnie znajduje się muzeum poświęcone jego osobie. Jak zwykle w takich obiektach poznamy historię życia poety, pooglądamy gadgety z nim związane, a nawet zobaczymy jaki miał charakter pisma.
Na terenie muzeum znajduje się sklep z pamiątkami, kawiarnia a zaraz obok plac zabaw dla znudzonych historią Burnsa, małych podróżników.
Po wyjściu z terenu muzeum udajemy się w kierunku Burns Monument:
Jest koniec sierpnia, słońce delikatnie smaga nasze twarze. Jest naprawdę przyjemnie, a cisza spowodowana brakiem turystów dodaje tylko uroku temu miejscu. Nie wiem, czy jest to mało popularna atrakcja turystyczna w Szkocji, czy akurat mieliśmy szczęście.
Robert Burns pochodził z ubogiej, rolniczej rodziny. Do dzisiejszego dnia stoi dom, w którym się urodził. W cenie biletu z muzeum mamy też wejście na teren posesji rodziny Roberta.
Ale South Ayrshire nie tylko Burnsem stoi. Wybraliśmy się do oddalonego o 4 mile od kempingu, zamku Dunure. W zasadzie słowo zamek jest w tym przypadku mocno przesadzone, ponieważ w chwili obecnej są to ruiny.
Ruiny, ale jak pięknie położone, na brzegu niewielkiego klifu. Romantyzm aż czuć w powietrzu. Od razu miejsce skojarzyło mi się z naszym polskim Trzęsaczem. Zamek stanął w tym miejscu w XIII wieku i był własnością klanu Kennedych. Nie był zbyt okazałą budowlą, ale zapisał się na kartach szkockiej historii, m.in. w sierpniu 1563 roku przebywała tu przez kilka dni królowa Maria.
Z zamku udaliśmy się na krótką wędrówkę do małego porciku. Lubię takie spokojne miejsca, gdzie nikt się nie spieszy. Po drodze mijamy Kennedy Hall, która pochodzi z 1881 roku. Domy zostały wybudowane zapewne przez rybaków.
Życie toczy się tutaj jakby innym rytmem, od czasu do czasu zakłóconym jakimiś wścibskimi turystami ;). Podczas mojego półgodzinnego pobytu tutaj, widziałam tylko jednego tubylca.
Na koniec zapraszam Was na krótki spacer do Ayr, czyli stolicy hrabstwa South Ayrshire.
Niestety tego dnia pogoda postanowiła nas niemile zaskoczyć deszczem, więc nasz spacer ograniczył się do poszukiwania poczty. Zaufałam wujkowi google i trafiłam do Post Office, tylko do takiego prawdziwego office, a nie typowej poczty. Do dzisiejszego dnia się z tego śmieję i pewnie pani, która otworzyła mi drzwi również.
Poczta okazało się znajduje się przy głównym deptaku, kilkadziesiąt metrów od biura. Najważniejsze, że pocztówki zostały wysłane, chociaż okazuje się, że nie wszystkie dotarły do adresatów.
To tutaj rzeka Ayr wpada do zatoki Firth of Clyde. Miasto zostało założone przez króla Roberta Bruce'a w 1315 roku.
Ayr nie przypadło mi do gustu, natomiast na jego korzyść przemawia to, że jest położone w bliskiej odległości od kempingu i można wyskoczyć tu na szybkie zakupy. Podobno jest tu również polski sklep.
Podczas mojego krótkiego pobytu w południowo-zachodniej Szkocji odwiedziałam również kilka starych wiatraków, na punkcie których mam od dawna bzika.
Robert Burns to szkocki poeta uznawany za prekursora Romantyzmu, czyli krótko mówiąc kolega po fachu naszych Trzech Wieszczów :) . Urodził się w Alloway i tu własnie znajduje się muzeum poświęcone jego osobie. Jak zwykle w takich obiektach poznamy historię życia poety, pooglądamy gadgety z nim związane, a nawet zobaczymy jaki miał charakter pisma.
Na terenie muzeum znajduje się sklep z pamiątkami, kawiarnia a zaraz obok plac zabaw dla znudzonych historią Burnsa, małych podróżników.
Po wyjściu z terenu muzeum udajemy się w kierunku Burns Monument:
Jest koniec sierpnia, słońce delikatnie smaga nasze twarze. Jest naprawdę przyjemnie, a cisza spowodowana brakiem turystów dodaje tylko uroku temu miejscu. Nie wiem, czy jest to mało popularna atrakcja turystyczna w Szkocji, czy akurat mieliśmy szczęście.
Robert Burns pochodził z ubogiej, rolniczej rodziny. Do dzisiejszego dnia stoi dom, w którym się urodził. W cenie biletu z muzeum mamy też wejście na teren posesji rodziny Roberta.
Ale South Ayrshire nie tylko Burnsem stoi. Wybraliśmy się do oddalonego o 4 mile od kempingu, zamku Dunure. W zasadzie słowo zamek jest w tym przypadku mocno przesadzone, ponieważ w chwili obecnej są to ruiny.
Ruiny, ale jak pięknie położone, na brzegu niewielkiego klifu. Romantyzm aż czuć w powietrzu. Od razu miejsce skojarzyło mi się z naszym polskim Trzęsaczem. Zamek stanął w tym miejscu w XIII wieku i był własnością klanu Kennedych. Nie był zbyt okazałą budowlą, ale zapisał się na kartach szkockiej historii, m.in. w sierpniu 1563 roku przebywała tu przez kilka dni królowa Maria.
Z zamku udaliśmy się na krótką wędrówkę do małego porciku. Lubię takie spokojne miejsca, gdzie nikt się nie spieszy. Po drodze mijamy Kennedy Hall, która pochodzi z 1881 roku. Domy zostały wybudowane zapewne przez rybaków.
Życie toczy się tutaj jakby innym rytmem, od czasu do czasu zakłóconym jakimiś wścibskimi turystami ;). Podczas mojego półgodzinnego pobytu tutaj, widziałam tylko jednego tubylca.
Na koniec zapraszam Was na krótki spacer do Ayr, czyli stolicy hrabstwa South Ayrshire.
Niestety tego dnia pogoda postanowiła nas niemile zaskoczyć deszczem, więc nasz spacer ograniczył się do poszukiwania poczty. Zaufałam wujkowi google i trafiłam do Post Office, tylko do takiego prawdziwego office, a nie typowej poczty. Do dzisiejszego dnia się z tego śmieję i pewnie pani, która otworzyła mi drzwi również.
Poczta okazało się znajduje się przy głównym deptaku, kilkadziesiąt metrów od biura. Najważniejsze, że pocztówki zostały wysłane, chociaż okazuje się, że nie wszystkie dotarły do adresatów.
| Stary most z XV wieku |
To tutaj rzeka Ayr wpada do zatoki Firth of Clyde. Miasto zostało założone przez króla Roberta Bruce'a w 1315 roku.
| Nowy most z XVIII wieku |
Ayr nie przypadło mi do gustu, natomiast na jego korzyść przemawia to, że jest położone w bliskiej odległości od kempingu i można wyskoczyć tu na szybkie zakupy. Podobno jest tu również polski sklep.
Podczas mojego krótkiego pobytu w południowo-zachodniej Szkocji odwiedziałam również kilka starych wiatraków, na punkcie których mam od dawna bzika.

Komentarze
Prześlij komentarz